Granice szczęścia
Pogoń za szczęściem nie zawsze jest dobra. Amerykańscy naukowcy przeanalizowali dane na temat wpływ czynników ekonomicznych, społecznych, politycznych i religijnych w różnych krajach świata. Okazało się, że choć wiele wskaźników sukcesu i dobrobytu ma związek z większym zadowoleniem z życia, osoby najszczęśliwsze (oceniające swoje życie na 10 punktów skali 10-punktowej), obiektywnie rzecz biorąc nie miały do tego tak przekonywujących powodów. Osoby o najwyższym poczuciu własnego szczęścia na ogół pozostają od lat w związku małżeńskim. Uważają też swoje małżeństwo za dobre, częściej bywają wolontariuszami, są wysoko cenione przez przełożonych i zarabiają - według swoich ocen - sporo pieniędzy. Są także zdrowsze i żyją dłużej. Wygląda na to, że poczucie szczęścia jest przyczyną dobrego zdrowia, a nie jego skutkiem. Okazuje się, że osoby mające obiektywnie jeszcze więcej powodów do uznania się za szczęściarzy np. z powodu wyższych dochodów, lepszego wykształcenia, doskonałej pozycji społecznej albo politycznej są mniej zadowolenie z życia. Oceniają swoje szczęście najwyżej na 8-9 w skali 10-punktowej. Wśród szczęśliwych "10 na 10" lepsze są relacje międzyludzkie i stabilniejsze związki. Mają oni więcej lepszych przyjaciół, są pełni siebie i energiczni. Zdaniem amerykańskich badaczy, jeśli chce się osiągnąć sukces finansowy lub zrobić karierę, trzeba ograniczyć swój apetyt na szczęście. Stwierdzono też, że w przypadku osób chorych pełnia szczęścia nie przedłuża życia. Prawdopodobnie dlatego, że najszczęśliwsi nie przejmują się zbytnio troską o zdrowie - lekceważą objawy, za późno chodzą do lekarzy i nie stosują się przesadnie do ich zaleceń. Zdaniem kierującego badaniami psychologa Eda Dienera jeśli osiągnęliśmy 7-8 punktów w dzisięciostopniowej skali szczęścia, nie warto starać się być jeszcze szczęśliwszym.


