Zadomowiony import równoległy

Wywiad z Tomaszem Dzitko, szefem łódzkiej Delfarmy, Prezesem Stowarzyszenia Importerów Równoległych Produktów Leczniczych.

Jak rozwija się import równoległy w Polsce?

Import równoległy rozwija się w Polsce bardzo dynamicznie. Jednak w 2005 roku zaczynaliśmy od zera i dlatego dynamika ta ma bardzo małą bazę – import równoległy to zaledwie 0,4 proc. naszego rynku farmaceutycznego. Z drugiej strony jednak to aż 11 proc. udziału w rynku leków referencyjnych, czyli tych, które mają konkurencję w postaci importu równoległego. Obecnie jest ich około 60.

Pierwsze leki z importu równoległego trafiły prawie dwa miesiące temu na listy refundacyjne. Można dziś dokonać jakiegoś podsumowania?

Leki te cieszą się takim samym powodzeniem, jak leki z importu równoległego, które sprzedawaliśmy wcześniej. Wpisanie pierwszych siedmiu leków na listy to duży krok do przodu. Teraz analizujemy możliwości wprowadzenia kolejnych leków refundowanych z importu równoległego.

Leków z importu ciągle jest niewiele. Dlaczego?

Najbardziej rozwinięte rynki europejskie, takie jak Wielka Brytania, Niemcy czy kraje skandynawskie, mają kilku-, kilkunastoprocentowy udział importu równoległego, ale nigdy nie przekracza on 15 proc. Po pierwsze, nie wszystkie leki, które są na rynku, mogą podlegać konkurencji importu równoległego. W Polsce ta grupa jest dodatkowo ograniczona, ponieważ tylko około 30 proc. rynku to leki innowacyjne, dla których import równoległy stanowi konkurencję. Po drugie, żaden importer równoległy w Europie nie może kupić takich ilości produktów, jakich by sobie życzył. Firmy farmaceutyczne starają się ograniczyć zjawisko importu równoległego, limitując dostawy do hurtowni w krajach, gdzie ceny są niskie.

Co może zyskać aptekarz, sprzedając lek z importu równoległego?

Przede wszystkim zyskuje pacjenta. Import równoległy poprawia dostępność leków. Aptekarz może zaoferować ten sam produkt w niższej cenie. Można powiedzieć, że import równoległy to trzeci pełnoprawny uczestnik rynku obok leków innowacyjnych, dla których stanowi konkurencję, oraz generyków. To kolejne narzędzie w rękach farmaceuty, który chce w swojej aptece prowadzić doradztwo dla pacjentów. Import równoległy to dodatkowe narzędzie konkurencyjności cenowej na rynku. Stwarza aptekarzom możliwość zgodnego z prawem konkurowania o pacjenta.

Czy prawdą jest, że lek z importu przechodzi czasami przez kilkudziesięciu pośredników zanim trafi do apteki?

Nie. Jest to obrót niskomarżowy i nie ma tutaj miejsca dla kilkudziesięciu pośredników, którzy muszą zarabiać na sprzedaży takiego produktu. W związku z tym 99 proc. produktów kupujemy z pierwszej ręki, czyli od hurtowni farmaceutycznych, które zaopatrzyły się u producenta. Około 1 proc. kupujemy z drugiej ręki. I na tym łańcuch pośredników się urywa.

Firmy farmaceutyczne zarzucają importerom, że stanowią słabe ogniwo łańcucha dystrybucji. Czy rzeczywiście import stwarza zagrożenie dla pacjentów?

Import równoległy może dotyczyć tylko produktów, które zostały zakupione w ramach sieci dystrybucji farmaceutycznej w Unii Europejskiej. Wszystkie podmioty, które zajmują się dystrybucją leków, działają według Dobrych Praktyk Dystrybucji (GDP). Duże hurtownie, takie jak PGF, i małe, takie jak Delfarma, zachowują te same standardy. System dystrybucji jest szczelny i nie stwarza żadnego zagrożenia z tego tylko tytułu, że produktem podlegającym dystrybucji jest lek z importu równoległego. Dodatkowo importerzy muszą lek przepakować w warunkach Dobrej Praktyki Wytwarzania (GMP) przed wprowadzeniem go do obrotu. W praktyce przepakowanie odbywa się u podmiotu, który posiada koncesję na wytwarzanie, a więc u producenta leków. Produkt wyjmuje się z opakowania zewnętrznego, utylizuje się oryginalne opakowania i ulotki, a następnie przepakowuje lek do nowych kartoników z ulotką w języku polskim. Wszystkie ilości są uprzednio liczone, a ze wszelkich czynności sporządzane są raporty. Ryzyko pojawienia się leku podrabianego w imporcie równoległym jest więc mniejsze niż w przypadku tradycyjnej dystrybucji, ponieważ leki podlegają dodatkowej kontroli w czasie przepakowywania. Zdarzało się niejednokrotnie, że w jego trakcie odkrywano wady w produktach, które przeszły przez system kontroli jakości u producenta, np. brak tabletek w nienaruszonych blistrach, puste tubki, pokruszone tabletki itp.

Co Państwo robią, żeby poprawiać bezpieczeństwo pacjentów?

Poza tym, o czym już mówiłem, wspomniałbym o trzech inicjatywach na poziomie europejskim. Pierwsza z nich to Dobre Praktyki Dystrybucji Równoległej stanowiące potwierdzenie i rozszerzenie Dobrych Praktyk Dystrybucji. Druga inicjatywa to Platforma Wczesnego Ostrzegania przed wnikaniem leków podrabianych do łańcucha dystrybucji. W ramach tej platformy funkcjonuje punkt kontaktowy, do którego wszyscy członkowie Europejskiego Stowarzyszenia Importerów Równoległych (wśród których są już trzy firmy z Polski) wysyłają informacje o podejrzanych transakcjach, opakowaniach itp. Trzecia inicjatywa to audyty dostawców. Obecnie prawo wymaga od nas sprawdzenia, czy dostawca ma koncesję na obrót hurtowy. Chcemy pójść krok dalej i audytować dostawców. Chcemy upewnić się, że wszystkie produkty, które kupujemy, pochodzą z wiarygodnych źródeł i są magazynowane oraz transportowane we właściwych warunkach. Pierwsze audyty rozpoczną się jesienią.

A jak odbierane są opakowania leków z importu równoległego?

Nie dostaliśmy żadnego sygnału od aptekarzy ani od pacjentów, że opakowania leków z importu źle się kojarzą. Są inne, to fakt. Przepakowywanie to wymóg narzucony nam przez władze farmaceutyczne. Czarno-białe kartoniki są proste, czytelne, przejrzyste, przekazują jedynie informacje, nie mają walorów reklamowych. Leki z importu mają być bezpieczne i przynosić oszczędności, a nie kusić kolorowymi kartonikami. Są na rynku od 3 lat i myślę, że znalazły już swoje miejsce w aptekach.

Jak w tym kontekście skomentowałby Pan postulat zakazu przepakowywania leków z importu równoległego?

Za sprawą lobbingu koncernów farmaceutycznych co jakiś czas powraca dyskusja na temat zakazu przepakowywania leków przez podmioty inne niż producenci, czyli także przez importerów równoległych. W swojej ostatniej propozycji Komisja Europejska traktuje przepakowywanie (repackaging) jako każdą formę zmiany prezentacji leku, czyli zarówno etykietowanie (relabelling) jak i przepakowywanie do nowego kartonika (reboxing). Tymczasem mam wrażenie, że polskie władze farmaceutyczne nie dostrzegają wagi problemu. Trudno mi bowiem inaczej wytłumaczyć brak reakcji na propozycję Komisji Europejskiej, której przyjęcie oznaczałoby de facto zakaz importu równoległego. Import równoległy pozytywnie wpływa na polski rynek leków i nie stwarza żadnego zagrożenia dla pacjentów, dlatego moim zdaniem Polska nie powinna nawet pośrednio wspierać tego typu inicjatyw.

Dziękuję za rozmowę.


Wywiad przeprowadziła
Agnieszka Dziadik