Back to top

Lekarz - magia i powołanie

Rozmowa z prof. dr. hab. n. med. Jerzym Woy-Wojciechowskim, b. ordynatorem Oddziału Obserwacyjnego z Zakładem Diagnostyki Obrazowej w szpitalu MSWiA w Warszawie.

Kim jest lekarz?

To człowiek, który ma specjalne predyspozycje do dawania siebie innym. Zawód lekarza to nie taka prosta sprawa, nie jest jak każdy inny zawód, nie dyskryminując tu nikogo. Jeżeli można być urzędnikiem i większość ludzi się do tego nadaje, to aby zostać lekarzem, człowiek powinien posiadać specjalne predyspozycje. Lekarz to jest jednocześnie i zawód, i sztuka, i magia. To powołanie. Można być genialnym naukowcem w medycynie, ale to wcale nie znaczy, że jest się dobrym lekarzem. Tu trzeba mieć – powtarzam – specjalne predyspozycje, kontakt z chorym – ta umiejętność jest niezwykle trudna – wrażliwość na cierpienie, ale też dość specyficzna, bo pozbawiona litości, czułostkowości, sentymentalizmu. To dar służenia sobą, swoim czasem, swoją uwagą drugiemu człowiekowi. Dar, który pozwala wejść lekarzowi w świat chorego. Lekarz nigdy nie może być sędzią pacjenta ani potępiać jego postępowania – zawsze musi starać się go zrozumieć, otworzyć się na niego bez żadnej irytacji, nawet jeśli wie, że chory sam wobec siebie zawinił zgłaszając się np. zbyt późno.

Hipokrates nazwał medycynę sztuką. Teraz mówi się, że to nauka. Jest i jednym i drugim. Ale przede wszystkim jest sztuką leczenia. Dobry lekarz to ten, który to w pełni rozumie i potrafi z tego korzystać dla dobra chorego. Znakomity zaś – patrząc w oczy pacjenta, stawia prawidłową diagnozę. On zawsze wzbudza podziw pacjentów, a także zazdrość i podziw kolegów. To lekarz obdarzony wyjątkową intuicją. Takiemu lekarzowi całe znakomite techniczne instrumentarium diagnostyczne jest potrzebne, ale nie do postawienia, lecz do potwierdzenia diagnozy, którą on intuicyjnie już zna.

Jest tu jeszcze jedna sprawa niezmiernie istotna i specyficzna dla tego zawodu: nie można go wykonywać źle. Zły lekarz wyrządza ogromną szkodę drugiemu człowiekowi, konkretną szkodę, bo niszczy jego zdrowie. To zupełnie inna odpowiedzialność. Co za tym się kryje? To, że człowiek składający przysięgę Hipokratesa od chwili przekroczenia progu uczelni medycznej musi się dokształcać.

No i sprawa drażliwa – pieniądze. W innych zawodach można powiedzieć: „Nie dostanę pieniędzy, nie zrobię.” A tutaj?

Nie wolno. Tu sposoby walki o godziwe zarobki – a są one w polskiej służbie zdrowia skandaliczne – muszą być inne. Lekarz nie może odejść od łóżka chorego, bo mu źle płacą. Ale... W państwie, w którym szanuje się społeczeństwo, właśnie lekarz zarabia przyzwoicie, ponieważ odpowiada za zdrowie obywateli. Od chwili złożenia przysięgi Hipokratesa nie można porzucić tego zawodu, to jest moralny obowiązek. Lekarz nie może nie udzielić pomocy medycznej, jeżeli ktoś jej potrzebuje. Lekarzem jest się do końca życia – emerytura z tego nie zwalnia. Po kres życia służy się drugiemu człowiekowi. Wśród zawodów cywilnych nie ma takiego drugiego, który by tak obligował do pomocy.

Kładziemy tu główny nacisk na leczenie. A przecież lekarz jest nie tylko od leczenia, ale też od zapobiegania chorobom...

To prawda. Zadaniem lekarza – równie istotnym jak leczenie – jest profilaktyka. U nas, niestety, 80 proc. środków wydaje się na leczenie już zaistniałych chorób. To nieprawidłowa proporcja.

Pan jest lekarzem na każde zawołanie, przez całą dobę i to nie mając praktyki prywatnej...

Zawsze podkreślam, że jestem lekarzem 25 godzin na dobę, można do mnie zadzwonić nawet w nocy. Obserwując pracę mojego brata – lekarza wiejskiego – widziałem to samo. Nawet siedząc przy świątecznym stole, natychmiast zrywał się i szedł do chorego. Dla lekarza nie ma taryfy ulgowej, godziny czy minuty, w której nie byłby gotowy do służenia innym.

Panie Profesorze – tak ten zawód traktuje Pana pokolenie. Wśród młodych lekarzy znajdzie Pan może takie jednostki, ale powszechna postawa jest, niestety, zupełnie inna. Dlaczego?

Przyczyn jest wiele, ale to niczego nie usprawiedliwia i uważam, że dzieje się z tym zawodem coś bardzo niedobrego, coś bardzo bolesnego. Coraz częściej lekarz traci z pola widzenia człowieka i widzi tylko przypadek chorobowy. Coraz mniej za ów przypadek czuje się odpowiedzialny. Rzadko szuka nici porozumienia z chorym. Oczywiście, nowoczesna medycyna, nowoczesne standardy postępowania diagnostycznego i terapeutycznego są niezbędne. Ale lekarz nie może zapominać o pacjencie, który jest po tej drugiej stronie. Jakże często widzimy – i młodzi lekarze także muszą to dostrzegać, że tabletki czy zastrzyki, które ordynujemy, bez dobrego, serdecznego słowa są mniej skuteczne. Upadek obyczajów, tak głęboki, w dużym stopniu jest spowodowany przez niskie zarobki naszych lekarzy, ustawienie ich od razu na starcie do zawodu w pozycji tych, którzy sobie zawsze w taki czy inny sposób dorobią, wprzęgnięcie w wyścig szczurów jest czymś wysoce nieetycznym. Dzisiaj lekarz potrafi wziąć pieniądze za wizytę od chorego kolegi lekarza – jeszcze kilkanaście lat temu było to nie do pomyślenia.

I – przyznaję ze smutkiem – jest w tym coś nie tylko nieetycznego, ale i bolesnego. Pękła gdzieś więź zawodowa, jakaś lojalność, przyzwoitość wobec siebie i swojego zawodu. Oczywiście, te sprawy nie mieszczą się w kodeksie etyki lekarskiej, ale to niczego nie zmienia. To są zasady mieszczące się w przedziale summum bonum obejmującym to wszystko, co jest uczuciami wyższymi, jak empatia, współczucie dla chorego człowieka, wrażliwość na cudze cierpienie, pozbywanie się egoizmu itd. Tego nie znajdziemy w żadnych kodeksach, ale to nie znaczy, że to nas, ludzi, zwłaszcza lekarzy, zwalnia z kierowania się w postępowaniu wobec siebie właśnie tymi uczuciami. Można mówić tu o Bożych dziesięciu przykazaniach, można mówić o dekalogu, ale przede wszystkim jest to sprawa moralności ludzkiej. Komercja nie może rządzić wszystkimi sferami naszego życia ani stosunkami między ludźmi.

Wiele lat temu doktor Biegański, do którego często się dzisiaj lekarze odwołują, powiedział, że „kto nie jest dobrym człowiekiem, nie jest dobrym lekarzem”...

Właśnie. To wielka i bardzo ważna prawda w tym zawodzie. Dziś światem rządzi cynizm. To tragiczne, że wkradł się również do środowiska lekarzy.

Nie tylko – duchowieństwa także.

Tak, we wszystkie sfery życia, gdzie w grę wchodzi służenie drugiemu człowiekowi, jest to szczególnie bolesne, dramatyczne, a przede wszystkimi demoralizujące. Wielcy medycy mówią, że nie można żyć komercją i techniką, ale trzeba mieć serce.

Do tego upadku obyczajów w środowisku lekarskim przyczyniają się chyba także, i to w niemałym stopniu, uczelnie medyczne?

To prawda. Medycyna odeszła od humanistyki – to był jej wielki błąd. Poza tym w akademiach nie kładzie się nacisku na kontakt lekarza z pacjentem jako kontakt ludzki, ale właśnie na wyuczenie symptomów różnych przypadków chorobowych i radzenia sobie farmakologicznego czy chirurgicznego z chorobami. To szalenie ważne, ale równie istotny jest kontakt z chorym, który polega na czymś innym niż tylko na anamnezie, czyli zebraniu wywiadu. Lekarz, aby w pełni rozeznać dany przypadek chorobowy, musi umieć też odczytywać to, czego pacjent nie mówi wprost czy nawet pragnie wręcz przed nim ukryć. To jest bardzo istotna sprawa dla skuteczności terapii i szybkości leczenia. Konstelacja objawów nie wystarczy, by leczyć skutecznie i jak najmniejszym kosztem, co tak podkreślają nasi ekonomiści. Tu na marginesie: najniższy koszt leczenia w danej jednostce chorobowej wcale nie oznacza najtańszych leków czy procedur medycznych. Niejednokrotnie taniej wychodzi krótkie i kosztowne leczenie niż długie tańszymi środkami.

Uczelnie... Teraz akademie medyczne przemianowano na uniwersytety medyczne. Mam nadzieję, że nie będzie to tylko zmiana nazwy.

Od lat Pan Profesor pełni funkcję prezesa Polskiego Towarzystwa Lekarskiego, które ciągle trwa. Jakby wbrew i na przekór obecnym czasom?

Wielu lekarzy nie rozumie potrzeby istnienia tego rodzaju organizacji. Ale... Nazwałbym ich raczej urzędnikami niż lekarzami. Mówili: „Mamy samorząd, to już mamy i towarzystwo naukowe”... Pomylenie pojęć. Samorząd to jedna sprawa, towarzystwo naukowe – druga, i to zupełnie odmienna. Polskie Towarzystwo Lekarskie jest autonomiczną organizacją społeczno-naukową. Należy do niego kilka tysięcy mniej lekarzy niż przed powstaniem izb lekarskich, ale i tak jest to 25 tysięcy lekarzy. To nie tak mało, bo jedna czwarta środowiska.

W Towarzystwie zrzeszonych jest 220 kół naukowych. Lekarze należą do niego dobrowolnie, co podkreślam ze szczególnym naciskiem.

Od wielu lat Polskie Towarzystwo Lekarskie uczestniczy w Europejskim Forum WHO. Są tu ci, którzy czują się związani z Polską. Zaproponowano, aby indywidualnie wstępowali tylko ci, którzy naprawdę chcą, a więc nie w całości, np. lekarze polonijni w Szwecji zrzeszeni w towarzystwie itp. Natomiast wszyscy założyciele Europejskiego Forum Lekarzy Polskich wstąpili do Polskiego Towarzystwa Lekarskiego. Niektórzy pytali, po co takie Forum. Jako Europejskie Forum Lekarzy Polskich możemy wystąpić do Brukseli z propozycjami, proponować programy integracyjne medycyny polskiej z zachodnią itd. Występujemy jako europejska organizacja związana z macierzą i z ośrodkami polonijnymi.

Jest też Pan Profesor twórcą, niestety nieistniejącego już kabaretu „Eskulap”, kompozytorem muzyki do 10 filmów, wielu popularnych piosenek, jak np. „Kormorany”...

Hej, łza się w oku kręci. Gdy dzisiaj w radiu słyszę swoje piosenki, najczęściej wspomniane „Kormorany”, to miękko mi się robi na sercu... To już, niestety, przeminęło.

Dziękuję za rozmowę.