Back to top

Halitoza - wstydliwy problem z ust

Wywiad z dr hab. Ewą Iwanicką-Grzegorek z Zakładu Stomatologii Zachowawczej Akademii Medycznej w Warszawie

Czy halitoza to choroba czy zwykłe zaniedbanie?

To choroba i zmora życiowa wielu osób, zwłaszcza młodych i czynnych zawodowo. Nazwa „halitoza” jest najpopularniejsza, ale są jeszcze inne określenia, jak fetor ex ore, bad breath czy oral malodor – wszystkie mówią o brzydkim zapachu z jamy ustnej.

Wiemy już co to. A skąd się bierze?

W 85-90 proc. przypadków za brzydki zapach z ust odpowiedzialny jest metabolizm bakterii, które w niewyobrażalnej ilości zasiedlają tylną grzbietową powierzchnię języka. Tymczasem wielu lekarzy uważa, że „cuchnący oddech” pochodzi z żołądka. Chorzy szukają więc pomocy przede wszystkim u gastrologa, rzadziej u laryngologa, a najrzadziej u stomatologa. A przecież żołądek nie jest stale otwartą tubą, z której wydostają się jakiekolwiek zapachy. Są to wyjątkowe sytuacje, kiedy mamy do czynienia z bardzo nasilonym refluksem czy przepukliną przełyku.

Jaka jest skala tego problemu?

Są bardzo nieliczne badania na ten temat, ale mówi się, że na świecie na halitozę ustną cierpi od 22 do 55 proc. osób. Amerykańskie ośrodki badawcze podają, że na tę chorobę cierpi 50-55 proc. populacji. Japończycy wskazują na 24 proc., Francuzi na 22 proc.

Dla porównania, na halitozę choruje 90 milionów Amerykanów, podczas gdy na cukrzycę – chorobę niezwykle przecież powszechną – 18 milionów.

Czy chorzy na halitozę często szukają fachowych porad?

Niezbyt często, bo to problem „wstydliwy”, choć wstydzić się nie ma czego. Przeważnie na własną rękę używają środków, które nie leczą, nie działają profilaktycznie, tylko maskują zapach, a więc rozmaitych preparatów odświeżających jamę ustną, cukierków o intensywnym zapachu. Inni szukają pomocy u specjalistów lub na stronach internetowych, gdzie można znaleźć przerażające wypowiedzi ludzi cierpiących, głównie młodych. Opowiadają oni, że są fatalnie postrzegani w społeczeństwie, w pracy, przez swoich życiowych partnerów, że potrzebują porad psychologów i psychiatrów. Dodam, że stosowane bez konsultacji z lekarzem niewłaściwe „leki” na ogół prowadzą do wzmożonego występowania tych brzydkich zapachów.

Dlaczego?

Różne płukanki i „psikadła”, zwłaszcza na bazie alkoholu, prowadzą do suchości jamy ustnej, co sprzyja powstawaniu i rozwojowi halitozy.

A papierosy?

Też wysuszają błonę śluzową, a więc są pod tym względem czynnikiem ryzyka. Nie należy jednak zapachu z ust palacza utożsamiać z halitozą, bo w samych papierosach zawarte są związki siarki, które dają nieprzyjemny zapach. Dlatego pacjentów-palaczy prosimy o niepalenie przed porannym badaniem halimetrem, żeby nie zafałszować wyniku badania.

Co wykrywa halimetr?

Związki siarki, które – poza tym, że cuchną – uszkadzają m.in. tkanki przyzębia. Ale jest jeszcze cały szereg substancji związanych z halitozą, które wykrywa tylko najwspanialsze urządzenie – nos ludzki. Można się domyślić, że takie badanie organoleptyczne nie jest przyjemne, dlatego trwają prace (zwłaszcza w Japonii, ale także na Politechnice Warszawskiej) nad skonstruowaniem sztucznego, całkowicie obiektywnego nosa. To niezwykle trudne zadanie i nie wiadomo, czy się powiedzie.

Czy są skuteczne środki, które można bezpiecznie stosować bez konsultacji z lekarzem?

Podstawową sprawą jest higiena całej jamy ustnej i mycie języka, poza tym preparaty zawierające związki bakteriobójcze, bakteriostatyczne, ale nie na bazie alkoholu. W pierwszym rzędzie są to wszystkie związki zawierające chlorheksydynę o stężeniu nie większym niż 0,1%. Te płukanki trzeba stosować przez 2-3 tygodnie, co skutecznie zmniejszy ilość flory bakteryjnej na dłuższy czas i dzięki temu znikną te brzydkie zapachy.

Najskuteczniejsze jest używanie (przez 2-3 tygodnie) tabletek z cynkiem, które powodują, że nie dochodzi do uwalniania się lotnych brzydko pachnących związków, i równocześnie działają bakteriobójczo. Niestety jest to choroba nawracająca, bo w jamie ustnej bakterie są stale obecne i dlatego konieczny jest reżim higieniczny.

A więc szczoteczki do mycia języka, ostatnio często reklamowane, to nie żadna fanaberia?

Nie, ta maleńka skrobaczka umieszczona na drugiej stronie szczoteczki, wykonana z plastycznego materiału jest bardzo pomocna. Można także używać bardzo miękkich szczoteczek przeznaczonych dla dzieci wieku zerowego.

Napisała Pani obszerną pracę na temat halitozy. Czego jeszcze dotyczyły Pani badania?

Szukam metody, by złe bakterie były skutecznie wypierane przez te dobre. Uwalnianie się brzydko pachnących związków odbywa się przy określonym pH jamy ustnej. Gdy pH jest zasadowe – uwalnianie następuje bardzo szybko, gdy jest kwasowe – nie dochodzi do powstawania brzydko pachnących związków.

U swoich pacjentów stosowałam preparat zawierający liofilizowane bakterie kwasu mlekowego – 3-4 kapsułki rano pod język, żeby zasiedlać jamę ustną tymi dobrymi bakteriami, nieprowadzącymi do powstawania związków brzydko pachnących. Efekty, jak na pierwsze pilotażowe badanie, były dość dobre. Będę szła w tym kierunku, ale wiem, że formuła podawania preparatu musi być inna, a kuracja powinna doprowadzić do zmiany flory bakteryjnej w jamie ustnej.

Czy sama halitoza, pomijając czynniki psychiczne, ma jeszcze jakiś inny zły wpływ na organizm?

Wydaje się, że tak. Szukałam związków z bólami głowy i zaburzeniami wzroku. Moje przypuszczenia potwierdziły się w badaniach ankietowych. Składnikami tego brzydkiego zapachu jest szereg związków chemicznych. Rosnąca ilość poliamin i monoamin, które powstają w jamie ustnej w przebiegu halitozy, wielokrotnie przewyższa poziom amin biogennych, mających dobre działanie. Aminy biogenne wchłaniają się dobrze w przewodzie pokarmowym i przenikają przez barierę krew-mózg. Ale te poliaminy i monoaminy w nadmiarze mogą być toksyczne dla ośrodkowego układu nerwowego i powodować np. zaburzenia procesów widzenia. Choroba ta ma także zły wpływ na strukturę tkanek jamy ustnej. Nie wolno jej lekceważyć.

Dziękuję za rozmowę.