Arnold Böcklin "Wyspa umarłych"

Arnold Böcklin "Wyspa umarłych"

Bazylea to miasto, które świetnie funkcjonuje pomiędzy trzema państwami: Francją, Niemcami i Szwajcarią. Chociaż jest mniejsze niż Genewa czy Zurych, to w rzeczywistości traktowane jest jako najważniejsze centrum uniwersyteckie i kulturalne. Przykuwa uwagę poszukujących wrażeń nie tylko podczas karnawałowej Morgestraich, ale także w styczniową Noc Muzeów.

Przez mieszkańców, jak również przez Szwajcarów pochodzących z innych rejonów kraju, Bazylea uznawana jest za ich „okno na świat”. Lokalizacja miasta oraz bogate zaplecze gospodarcze i kulturalne powodują, że właśnie w tym miejscu znajdują się dzisiaj instytucje, które na co dzień zajmują się tworzeniem rozległych przestrzeni, gdzie można zagłębiać się zarówno w labirynty dawnej sztuki, jak też w sekrety współczesnej historii. Wybór miejsc dla chętnych tego rodzaju wrażeń jest bardzo urozmaicony. W Bazylei można zapoznać się zarówno z historią farmacji w aptece przy Zum Vorderen Sessel, z bogactwem poszczególnych kultur w Museum der Kulturen, jak też cofnąć się trochę w czasie… i przekroczyć progi królestwa lalek w Puppenhausmuseum.

Zadanie ponad miarę?

Już z tych kilku powodów nawet krótka wizyta w tym zakątku Szwajcarii może stanowić doskonałą okazję do przeżycia czegoś niezwykłego. Ale to nie wszystko. Pobyt w Bazylei stwarza przecież sposobność do odnalezienia czegoś bardziej unikatowego w dowolnej, wybranej przez nas estetyce, o czym można przekonać się m.in. podczas styczniowej Nocy Muzeów. Właśnie w tym szczególnym momencie, raz do roku, gdy wszystko wydaje się dostępne na wyciągnięcie ręki, wędrówka w poszukiwaniu artystycznych doznań może okazać się fascynującym, acz też często karkołomnym wyczynem. Iść najpierw do Muzeum Jeana Tinguely’ego czy może do Sculpturhalle? A może skupić całą swoją uwagę tylko na jednej z gwiazd takiego wieczoru, jaką niejednokrotnie było już Kunstmuseum? Może właśnie wizyta w tym miejscu okaże się najlepszym rozwiązaniem.

Holbein i inni

Dawna prywatna kolekcja Basiliusa Amerbacha (1533-1591), odkupiona w XVII wieku z rąk spadkobierców na rzecz miasta, dzisiaj nie zmieściłaby się w starej kamienicy „Zur Make”, gdzie została udostępniona po raz pierwszy publiczności w 1671 roku. Zbiory sukcesywnie poszerzane, zwłaszcza w XIX wieku, obecnie należą do muzeum, którego bogactwa nie tylko dorównują innym europejskim kolekcjom, ale nawet przewyższą je pod pewnymi względami. Nigdzie poza Bazyleą nie ma takiej ekspozycji prac Hansa Holbeina i jego synów, jak właśnie w Kunstmuseum. A trzeba przyznać, że nie są to jedyne tak cenne obrazy pędzla znanych bazylejczyków. Spośród wielu innych znajdują się tam też realizacje słynnego symbolisty Arnolda Böcklina (1827-1901).

Malarz nastrojów

Artysta przyszedł na świat 16 października w domu przy jednej z ulic w Bazylei. Pomimo licznych wyjazdów, czy to na studia, czy w poszukiwaniu właściwych dróg artystycznych, Böcklin niejednokrotnie powracał do swojego rodzinnego miasta, najpierw w 1855 roku, potem w 1866, kiedy pozostał aż do przeprowadzki do Florencji.

Przez większość swojego życia malarz znajdował się pomiędzy wpływami kultury słonecznej Italii oraz niemieckich środowisk akademickich. Być może z tego powodu jedna z najbardziej znanych jego prac – „Wyspa umarłych”, która dziś jest prezentowana w ramach galerii XIX wieku w Kunstmuseum w Bazylei, jest kompozycją w nierozerwalny sposób splatającą w sobie te dwa tak odmienne światy.

Koniec czy początek?

Tytuł dla obrazu wymyślił berliński marszand Franz Gürlitta. Sam artysta początkowo określał go jako „Miejsce spokoju”. Jednak z upływem czasu nie tylko zaakceptował inny pomysł, ale też zdecydował się wykonać cztery kolejne kompozycje o takim samym tytule. Dzisiaj jedna z tych prac, z 1880 roku, znajduje się w Bazylei, gdzie nieustannie przypomina o artyście, który był zarówno symbolistą, jak też bardzo cenionym malarzem nastrojów, umiejętnie korzystającym z romantycznego dziedzictwa nowego, jakże odmiennego od akademickiego, spojrzenia na pejzaż, jego strukturę, barwę i świetlistość.

Böcklin, jako profesor krajobrazu, wykładający m.in. w Weimarskiej Szkole Sztuk Pięknych, realizował swoje prace, wykorzystując różnorodne środki. Z jednej strony korzystał z licznych szkiców plenerowych. Z drugiej wszystko podporządkowywał tworzeniu całkowicie nowego, własnego świata, w którym nic nigdy nie znalazło się przypadkiem. Miejsce, czas, mitologiczne postacie czy zwykli ludzie, wszystko to, co Böcklin wprowadzał do swoich kompozycji, wykorzystywał niezwykle umiejętnie do budowania świata przepełnionego jakąś jednością i specyficznym, ulotnym nastrojem, gdzie kres przeradzał się w tajemniczy początek, a z ciemności wyłaniało się światło.

W taki właśnie sposób jest postrzegana m.in. „Wyspa umarłych”. W tym obrazie artysta w miejsce wizji śmierci ukazywanej często jako cmentarny pejzaż zastosował zupełnie inne ujęcie tego tematu. Angażując się w namalowanie tego, co zdaniem Marii Janion często było niewyobrażalne, odrzucił nie tylko romantyczną formułę, ale również akademicką wersję, sprowadzaną niejednokrotnie do przedstawiania motywu „łoża śmierci”. Dzięki temu wprowadził zupełnie inne rozwiązanie. Odwołując się do mitologii, do ostatniej wędrówki łodzią Charona do Lete (krainy zmarłych), malarz stworzył świat istniejący pomiędzy realnym cmentarzyskiem na niewielkiej wyspie i symbolicznym miejscem narodzin nowego życia.

Dziś wędrując śladami Böcklina, zagłębiając się w zakamarki wyspy pomiędzy cyprysami i powiększanymi w każdej kolejnej kompozycji skałami, można zakłócić panujące obecnie w kulturze milczenie wobec śmierci. Zmierzając powoli ku światłu, tak punktowo rozłożonemu przez malarza, można odnaleźć jakiś wręcz rodzaj ukojenia, którego doświadczał człowiek powracający do Absolutu. Wówczas to, co jest obecnie marginalizowane, staje się nie tylko uwypuklone, ale również w jakiś sposób odrealnione, przez co nabiera zupełnie innego wymiaru. Romantyczna groza, wielka ludzka tragedia ustępuje miejsca spokojowi, wierze i nadziei, aby to, co miało być ostatecznym kresem stało się dopiero początkiem. Może właśnie z tego powodu jedną z namalowanych na wyspie grot Böcklin zarezerwował dla siebie?

autor:
Beata Nessel-Łukasik